Bartosz Zmarzlik przerażony: Bałem się o tatę. Cały się trząsł! [WIDEO]

2019-10-06 14:02 Mateusz Fudala, Przemysław Ofiara
Jechałem po złoto ze łzami w oczach
Autor: Paweł Skraba/Super Express Jechałem po złoto ze łzami w oczach

Ma dopiero 24 lata, a u stóp cały świat. Bartosz Zmarzlik powtórzył osiągnięcie Jerzego Szczakiela (1973) i Tomasza Golloba (2010) i został trzecim polskim mistrzem świata na żużlu. Po zawodach w Toruniu zawodnik Stali Gorzów zdradził dziennikarzom, jak wiele nerwów kosztowała go i jego rodzinę sobotnia runda Grand Prix.

- Dociera do ciebie jak wielki sukces osiągnąłeś?

- Jeszcze nie. Myślę, że trochę czasu minie, nim zrozumiem, co tak naprawdę się wydarzyło. To był bardzo trudny wieczór, zresztą nie tylko ten, ale tak naprawdę cały ostatni miesiąc. W Vojens poczułem, że mogę zostać mistrzem świata, to dodało mi nieco pewności, ale ostatni czas nie był łatwy do życia. Nie miałem zbyt wielu startów i musiałem sobie znaleźć nowy sposób na odciągnięcie myśli od żużla. Cały czas wracały myśli, co się wydarzy w Toruniu, ile mam przewagi, co muszę zrobić itd. Poradziłem sobie z tym doskonale, jestem zadowolony.

- Bieg półfinałowy, po którym zapewniłeś sobie tytuł, był jednym z najtrudniejszych w karierze?

- To był najważniejszy, ale i najtrudniejszy wyścig w życiu. Wiedziałem, że albo wygram i zdobędę tytuł, albo przegram i znowu będę musiał czekać na kolejną szansę. Postawiłem wszystko na jedną kartę i się udało. Potem był finał, ale w nim nie miałem szans na jakąkolwiek walkę, bo jeszcze jak podjeżdżałem pod taśmę, miałem łzy w oczach. Aż parowały mi gogle! Wiem, że pojechałem słabiej, ale myślami byłem zupełnie gdzie indziej.

- Trudno było poradzić sobie z presją?

- Brat cały czas powtarzał mi w parku maszyn, że już nic nie muszę, a jedynie mogę. Wiedziałem, że gdybym tego nie wygrał to połowa ludzi by mnie zjadła. Presja była podwójna, wiedziałem, że wszyscy przyjechali do Torunia, by świętować sukces. Tym bardziej się cieszę, że sprostałem zadaniu.

- Były momenty zwątpienia wobec świetnej dyspozycji Leona Madsena?

- Ani razu nie zwątpiłem, bo wiedziałem, że stać mnie na wielkie rzeczy. Wiedziałem, że nawet jeśli w jednym wyścigu mi nie wyjdzie, to za chwilę będę miał szansę się poprawić. Inaczej było w półfinale, bo miałem świadomość, że trzecie miejsce oznacza koniec startów i spory problem.

- W trakcie zawodów liczyłeś ile punktów brakuje do tytułu?

- Całe zawody starałem się na to nie patrzeć. Nie wygrałem wszystkich biegów, ale czułem, że jestem szybki. Musiałem się pilnować, by uniknąć głupich błędów. Przez to może potraciłem kilka punktów, ale cel był inny. 14 punktów przed zawodami brałbym w ciemno.

- Miałeś już okazję rozmawiać z Tomaszem Gollobem po zawodach?

- Tak, podziękowałem mu za wszystko, co dla mnie zrobił. Przez cały sezon mieliśmy świetny kontakt. Dzień przez zawodami powiedziałem swoim bliskim, by zaczekali na mnie z kolacją, bo muszę porozmawiać 5 minut z panem Tomkiem. Zamiast pięciu wyszło... 45 minut. Zawsze tak jest, nasze najkrótsze rozmowy trwają pół godziny. W piątek przypomniałem panu Tomkowi, jak w 2010 roku tuż po zdobyciu mistrzostwa świata klepał mnie po plecach i powiedział: ty też kiedyś to zrobisz, a ja skrócę ci trochę ten czas. Faktycznie tak było, dziękuję mu za to.

- Emocje udzieliły się też twoim najbliższym...

- Przed czwartym biegiem spojrzałem na tatę i byłem przerażony. Cały się trząsł, jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie! Do tej pory tata chował emocje w sobie i nie pokazywał ich, ale tym razem nie dał rady.