- Wiele się działo w ostatnich tygodniach wokół pana. Paszport załatwiony „na ostatnią chwilę”, ale też choroba, która zabrała panu nieco czasu w okresie bezpośrednich przygotowań…
- To prawda. Chyba nie mogło się to ułożyć gorzej… Mieliśmy zaplanowane z trenerem, że będę bronić w ostatnim sparingu przed mistrzostwami, przeciwko Danii. Potrzebowałem tej gry. Niestety, potrzebny był antybiotyk, przez tydzień zbierałem swoje zdrowie do kupy. Dopiero tu, w Ostrawie, wróciłem do pełnego treningu. A po połówce meczu z Francuzami nie jestem w stanie powiedzieć, jak w tej chwili wyglądam fizycznie.
- Zaskoczyła pana decyzja trenera o zmianie w trakcie meczu?
- Nie. Mam już spore doświadczenie. Widziałem, że zespół nie gra tak, jak powinien. W takich sytuacjach bramkarz rezerwowy wie, że rosną jego szansę na wejście na lód. I byłem na to gotowy.
- To jednak chyba trudne, gdy wchodzi się na lód przy stanie 0:3?
- Czy ja wiem? Moja praca generalnie jest bardzo prosta: koncentrować się tylko na tym, by łapać bądź odbijać tę czarną gumę.
- No dobra. Ale jakie emocje panu towarzyszyły w momencie oficjalnego debiutu z „orzełkiem”?
- Trudno mi teraz o wielką euforię. Może za kilka godzin zrozumiem, co tu się naprawdę stało… Ale robiliśmy sobie żarty z chłopakami, że – biorąc pod uwagę całą tą moją historię – pewnie na stare lata siądę na ogródku i napiszę na ten temat książkę. Bo jest to coś niesamowitego. Może jeśli zapytacie mnie po mistrzostwach, powiem wam, że było super. Na razie jednak jest mi po prostu smutno, że nie wygraliśmy.
- Miał pan wrażenie, patrząc na kolegów z ławki, że to jakby inna drużyna niż ta, która ambitnie walczyła z Łotwą i Szwecją?
- No zgadza się... Teraz, po meczu, chłopaki mówili, że czuli trochę zmęczenia. Ale ja myślę, że z tą naszą fizycznością, po kilku tygodniach wspólnych treningów, wszystko jest OK. Za to miałem wrażenie, że mentalnie nie byliśmy tak skupieni, tak gotowi, jak w dwóch wcześniejszych meczach. Jeżeli chcemy zdobyć tu jeszcze jakieś punkty, musimy wrócić do tamtego nastawienia.
Mariusza Czerkawskiego raport na temat polskiego hokeja. Jedno zdanie brzmi dramatycznie [ROZMOWA SE]
- W hokeju hymn gra się tylko zwycięzcom meczu. Ma pan nadzieję zaśpiewać „Mazurka Dąbrowskiego”?
- Chciałbym, bo każdy mi mówi, że tego „Mazurka” nie umiem. A ja chciałbym pokazać kibicom, że naprawdę ładnie śpiewam! I wszystkie zwrotki znam. Ale teraz wam tego nie będę udowadniać, bo za długo by to trwało.
- Turniej mistrzowski rozgrywany jest w pana ojczyźnie. Najbliżsi byli na trybunach podczas meczu z Francją?
- Rodzina przyjedzie na środowe spotkanie ze Słowacją. To będzie dla nich ciekawe doświadczenie; wiadomo, że Czesi ze Słowakami nazywają się nawzajem „braćmi”.
- A skąd napis „Rudy” z tyłu pańskiego kasku?
- To moje pierwsze skojarzenie z Polską. „Rudy 102” i czterech pancernych. Tata był wielkim fanem tego serialu - „Čtyři z tanku a pes”. Pokazał mi go, a ja go strasznie polubiłem. Generalnie interesuje mnie i historia, i wojsko. Stąd też i husaria na kasku.
Listen on Spreaker.