To największy powrót w historii Formuły – uważa wielu obserwatorów i także w tym tonie piszą o tej historii dziennikarze brytyjskiego „The Sun”, którzy spotkali się z Kubicą w Grove – siedzibie zespołu Williams, w barwach którego polski kierowca rozpocznie w połowie marca rywalizację o mistrzostwo świata. „Miracle man” – człowiek-cud, w ten sposób opisują Roberta Brytyjczycy, z którymi Kubica podzielił się wspomnieniami w ósmą rocznicę wypadku zmieniającego jego życie.
Jak się okazało Robert mógł wcale nie pojechać w feralnej imprezie Ronde di Andora. – Kilka dni przed rajdem obudziłem się i pomyślałem, że wcale nie chcę tam jechać – przyznał. – Miałem jakieś dziwne przeczucie. Ale po wypadku nie byłem na siebie zły. Przecież nikt mi nie przystawił pistoletu. Wciąż sporo pamiętam, ale o większej części rehabilitacji wolałbym zapomnieć. Wiele było trudnych momentów, gdy czułem się nieźle i miałem w sobie sporo optymizmu przed kolejnymi zabiegami. A potem po wybudzeniu czułem się dokładnie odwrotnie. Tak jakby ktoś przykładał mi nóż do piersi.
Kubica przyznaje, że wypadek rajdowy zmienił go jako człowieka. – Kluczem było zaakceptowanie tego, co się stało – wspomina. – Potem zacząłem odkrywać siebie na nowo, odbudowywać wszystko, a mózg nauczył się radzić sobie z ograniczeniami. Choćby z tym, że wcześniej brałem szklankę do ręki prawą dłonią i musiałem to zmienić. Wypadek sprawił, że stałem się człowiekiem bardziej odczuwającym emocje. Wcześniej zachowywałem się jak automat. Kiedy wygrałem Grand Prix Kanady, cieszyłem się, ale nie świętowałem. Mam nadzieję, że teraz emocje, choć je kontroluję, będą miały na mnie pozytywny wpływ – uważa Kubica.