Jego talent wystrzelił jak z katapulty, ale Kamil Semeniuk twardo stąpa po ziemi. „Nie cwaniakuję” [WYWIAD, WIDEO]

2021-05-14 11:25 Marek Żochowski
Siatkówka, Zaksa Kędzierzyn, Kamil Semeniuk, finał, Werona, Liga Mistrzów
Autor: CEV Tak przyjmujący Zaksy Kamil Semeniuk celebrował zwycięstwo w Lidze Mistrzów

To był jego sezon. Siatkarz najlepszej drużyny Europy, Zaksy Kędzierzyn – Kamil Semeniuk – pokazał się z kapitalnej strony na polskiej, a przede wszystkim międzynarodowej arenie. Bez niego zapewne kędzierzynianie nie świętowaliby największego sukcesu polskiego klubu od czterech dekad. Niespełna 25-letni przyjmujący Zaksy walczył jak równy z równym – i wygrywał – w konfrontacji z największymi tuzami europejskiej i światowej siatkówki. Razem z ekipą z Kędzierzyna odprawił po drodze w Lidze Mistrzów hegemonów Starego Kontynentu – Lube, Zenit i Trentino. Semeniuka nie mogło oczywiście zabraknąć w kadrze selekcjonera Vitala Heynena na olimpijski sezon.

„Super Express”: – Minionego sezonu chyba prędko nie zapomnisz?

Kamil Semeniuk: – Taki rok nie przytrafia się często. Wygraliśmy prawie wszystko, co było do wygrania z Zaksą. Ciężko będzie przebić to, czego dokonaliśmy. Zabrakło mistrzostwa Polski, można wywalczyć jeszcze klubowe mistrzostwo świata, ale to byłaby zbyt dużo dawka grania. Już w tym sezonie wystąpiliśmy przecież w finałach wszystkich rozgrywek, w jakich braliśmy udział. Pod koniec czuć już było trochę sezon w nogach i w głowie.

– Jak duży krok w przód w karierze zrobiłeś w ostatnim czasie?

– Na pewno duży, ale mam nadzieję, że tych kroków do przodu jest jeszcze przede mną sporo. To był też pierwszy sezon zagrany od deski do deski, bo od samego początku zostałem wstawiony do podstawowej szóstki w Kędzierzynie. Starałem się wywiązywać z roli i nie dać plamy. Zresztą, grając z takimi partnerami, jakich miałem w Zaksie, ciężko było zawieść, bo jak było trzeba, koledzy poratowali w przyjęciu albo podbudowali emocjonalnie, gdy nie szło. Czułem się bardzo komfortowo z meczu na mecz i z czasem czerpałem radość z pobytu na boisku i brania udziału w takich wydarzeniach, jakie nam się przytrafiły.

Kamil Semeniuk: Sodówka nie uderzyła mi do głowy

Niesłyszący siatkarz Zaksy Kędzierzyn zmienia aparaty słuchowe na lepszy model

– Znany jesteś z pokerowego oblicza w czasie gry, ale to chyba nie tak, że emocji zupełnie nie odczuwasz?

– Jest we mnie bardzo dużo emocji, ale nie chcę tego okazywać, choćby po to, by rywal nie wiedział czy znajdzie we mnie jakiś słabszy punkt. Staram się koncentrować na tym, co mam zrobić na boisku, to mnie też odciąża psychicznie od atmosfery w hali w czasie gry. Moim zdaniem to dobrze, że jest we mnie spokój i nie widać po mojej twarzy czy jestem zdenerwowany, czy wystraszony. Oczywiście, kiedy trzeba, to ryknę ze szczęścia albo z nerwów, gdy coś mi nie pójdzie. Taki już jednak jestem, że tłumię uczucia w sobie, ale na przykład po finale w Weronie puściły wszystkie hamulce. Po ostatnim punkcie wszystko we mnie pękło i polały się łzy.

– Przeciwnicy nie lubią chyba takich graczy jak ty, bo nijak nie mogą cię „przeczytać”, domyślić się, co ci chodzi po głowie i w jakim jesteś nastroju?

– I to uważam za swoją zaletę. Rywal nie może ze mną pogrywać psychologicznie. Niektórzy lubią pod siatką odbywać inną grę, na emocjach. Ja do takich siatkarzy nie należę. Staram się nie wdawać w zaczepki. Skupiam się na swojej grze, po to by po meczu nie móc sobie zarzucić, że nie zrobiłem czegoś, a zamiast tego szalałem czy cwaniakowałem na boisku.

Siatkówka, Zaksa Kędzierzyn, Kamil Semeniuk, finał, Werona, Liga Mistrzów
Autor: CEV Przyjmujący Zaksy Kamil Semeniuk atakuje podczas finału Ligi Mistrzów 2021

Atakujący Zaksy Łukasz Kaczmarek o walce o miejsce na igrzyska: „Czy moje szanse wzrosły? Na pewno nie zmalały”

– Przy całym tym wielkim zamieszaniu wokół ciebie zachowałeś spokój i nie było zagrożenia, że „sodówka” uderzy do głowy?

– Oczywiście, że było, ale ja twardo stąpam po ziemi. To, że wokół mnie zrobił się taki szum, na początku było miłe. Później starałem się to wszystko odkładać na bok, żeby mi się w głowie za bardzo nie zamieszało i bym nie stał się nie wiadomo jaką gwiazdą. Bo przecież tak naprawdę to był tylko jeden dobrze zagrany klubowy sezon. Jeśli w kolejnych pokażę podobny poziom, będzie można mówić o mnie jako o doświadczonym graczu. Na razie to taka trochę większa przygoda z siatkówką.

– Teraz bierzesz udział w przygodzie z kadrą. Gdy pada hasło „igrzyska w Tokio”, to serce mocniej bije, czy podchodzisz do sprawy spokojnie, znając swoje miejsce w szeregu?

– Furtka jest otwarta. Wszystko zależy od tego jak się zaprezentuję na treningach, jak podczas meczów. Trzeba się pokazywać trenerowi Heynenowi, bo on patrzy na zawodnika cały czas. Nie tylko na to jak się sprawuje na boisku, ale i jak funkcjonuje w grupie.

„O 8.30 robimy konklawe”. Tak będzie wyglądał wybór składu kadry siatkarzy na Ligę Narodów

– Najmniej z grona kadrowiczów znasz Heynena, jak odbierasz selekcjonera po pierwszym kontakcie?

– Mogę mówić w superlatywach, choć to zupełnie inny typ trenera niż Nikola Grbić prowadzący nas w Zaksie. Nie ma u niego na przykład klasycznej rozgrzewki, są „głupie gierki”, które mają sens, bo można się lepiej zżyć w grupie. Heynen daje duży komfort, nieczęsto wtrąca się w trakcie treningu, obserwuje to z boku, a jak chce coś przekazać, bierze zawodnika na bok i z nim rozmawia.

Podziel się opinią
Grupa ZPR Media sprzeciwia się głoszeniu opinii noszących znamiona mowy nienawiści przepełnionych pogardą czy agresją. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, powiadom nas o tym, klikając zgłoś. Więcej w REGULAMINIE
Najnowsze