ronde di andora

i

Autor: Tomasz Radzik/ Super Express & East News ronde di andora

Wywiad "Super Expressu"

Robert Kubica: Czas zagoił ranę, ale jest jedna rzecz, która ją otwiera [WYWIAD]

2023-05-18 8:10

Robert Kubica (38 l.) przygotowuje się do jednego z najważniejszych wyzwań nie tylko w tym roku, ale też w całej karierze – chce wreszcie wygrać 24-godzinny wyścig Le Mans (10 czerwca). Zanim jednak emocje sięgną zenitu, kierowca Orlen Team WRT odwiedził redakcję „Super Expressu” i w długim wywiadzie opowiedział o karierze, strasznym wypadku na Ronde di Andora i pasji, która przerodziła się w pracę.

Rok temu na Le Mans życie w pewnym sensie oddało mu to, co zabrało dwa lata temu. W pewnym sensie, bo dwa lata temu jego team prowadził, ale zwycięstwo odebrała awaria, natomiast rok temu było drugie miejsce. Cel na ten rok jest jeden, czyli zwycięstwo. - Dwa lata temu Le Mans dało nam wachlarz emocji i zakończyło nas występ na ostatnim okrążeniu, kiedy prowadziliśmy. W ubiegłym roku drugie miejsce, choć też nie uniknęliśmy problemów. W tym roku Orlen Team WRT jedzie na Le Mans z jasnym celem. Ten wyścig jest wyjątkowy, bo 24-godzinny, a więc pomnażamy znacznie ryzyko błędów kierowców czy mechaników. Mamy wszystko, żeby wykonać swoją pracę jak najlepiej - mówi "Super Expressowi" Kubica, były kierowca Formuły 1.

"Super Express": - "Być drugim, to znaczy być pierwszym przegranym" - powiedział kiedyś legendarny Ayrton Senna. Zgadzasz się z tymi słowami?

- Tak, ale akurat Le Mans jest takim wyścigiem, w którym to drugie miejsce też jest dobre. Nie wiem, skąd to się bierze, ale chyba z tego, że to wyścig rozgrywany raz w roku. Dla nas to takie wyścigowe igrzyska. Fajniej jest wygrać, ale dobrze też stanąć na podium.

- Na czym polega wyjątkowość Le Mans? Bo dla wyścigowego laika 24-godzinna jazda może wydawać się nudna.

- Tak, ale tak samo nudny może być wyścig Formuły 1. Myślę, że każdemu zdarzyło się przysnąć na F1, mnie również. Oczywiście nie za kierownicą, ale oglądając w domu (śmiech). Oczywiście, oglądanie 24-godzinnego wyścigu jest czymś dla koneserów, bo wyścigi długodystansowe nie są dla laików łatwe do oglądania. Dużo łatwiej ogląda się to z czasami, bo cyferki mogą ci więcej powiedzieć o przebiegu wyścigu, niż ekran. Natomiast pamiętajmy, że jest to wyścig, który sprowadza do Francji 250 tysięcy osób. Kiedy startowałem w Formule 1, to dużo słyszałem o Le Mans, ale nie dawałem mu dużej wartości. A dziś mogę powiedzieć, że dawno żaden wyścig nie wzbudzał we mnie takich emocji. Poczułem się jak kilkunastoletni chłopak.

- Trudno nie zapytać o Formułę 1. Wciąż pozostajesZ czynnym kierowcą i są kibice, którzy wierzą, że wrócisz do F1. Na ile to realne?

- Realistycznie patrząc, jako kierowca wyścigowy raczej nie. Mój główny partner, PKN Orlen, zmienił zespół i jest to teraz Alpha Tauri. Dla mnie w tym zespole nie było satysfakcjonującej roli. Dla mnie zawsze Formuła 1 i to, co robiłem, jest związane z pasją. Ona jest jedynym motorem do robienia tego. Lubiłem Formułę 1 nie tylko dlatego, że od czasu do czasu można przejechać się bolidem, ale być też od spraw technicznych. Zawsze byłem w tym mocny i dawało mi to dużo satysfakcji. Chcę być w padoku, spełniać pasję i czuć się potrzebny zespołowi. W przyszłości może się okazać, że wrócę do padoku, ale życie mnie nauczyło, żeby nie być zbyt pewnym. Dlatego nie jestem w stanie powiedzieć, czy to się stanie.

- 6 lutego 2011 roku, rajd Ronde di Andora. Na piątym okrążeniu wypada pan z trasy i ma straszny wypadek. Udało się wyrzucić z głowy ten moment, czy wciąż powraca w koszmarach?

- W koszmarach nie wraca, bo minęło trochę czasu, a on goi rany. Ale to chwila w moim życiu, która sporo zmieniła, nie tylko w sprawach sportowych. To wydarzenie zmieniło mnie jako sportowca, człowieka, ale też wiele nauczyło. Te gorsze chwile mogą najwięcej nauczyć i jest to święta prawda. Wyciągnąłem sporo wniosków i stałem się lepszą osobą. Nie mogę powiedzieć, że stałem się lepszym kierowcą, bo moja kariera zupełnie stanęła. Dziś dla mnie większym sukcesem nie jest wygranie wyścigu F1 w Kanadzie, a powrót do Formuły 1 po wypadku. To taki osobisty sukces. Wiem, przez co przechodziłem. Są pewne tematy, które może nie otwierają tę ranę, ale choć minęło już kilkanaście lat, to potrafią obudzić przemyślenia, również związane ze sportem. Nie ukrywam, że dojście do Formuły 1 było dla mnie celem, a nawet większym - pozostanie w niej. Wypracowałem sobie dobrą pozycję i chciałem wygrać mistrzostwo świata F1. To było bardzo trudne i w dużej mierze poza moją kontrolą, bo w motorsporcie trzeba mieć narzędzia. A moim kolejnym celem było zostanie kierowcą Ferrari. To jest jedna z rzeczy, która otwiera tę ranę.

Robert Kubica dla "Super Expressu": Miałem podpisaną umowę z Ferrari

- Jak blisko było transferu do Ferrari?

- Nie było blisko, bo to się nie stało. Ale umowa była podpisana, więc wszystko było na tacy. Nigdy nie miałem pewności, że mógłbym być mistrzem świata, ponieważ na to musi się złożyć naprawdę dużo elementów. Wszystko było jednak na najlepszej drodze, żeby założyć czerwony kombinezon i wsiąść do bolidu Ferrari. Ta rzecz otwiera ranę.

- Jak zmieniła się Formuła 1 przez te lata?

- Niezbyt. Do tanga trzeba dwojga i najlepszy kierowca świata w słabym bolidzie nie wygra mistrzostwa. Średni kierowca może być mistrzem, jeśli bolid będzie miał znaczną przewagę nad resztą. W Formule 1 nie ma słabych kierowców, zatem żeby wygrać, trzeba mieć odpowiednie narzędzia. Formuła 1 zmieniała się technologicznie i regulaminowo, ale DNA pozostało takie samo. Jest to sport elitarny, nie mylić z ekskluzywnym.

- Powiedziałeś kiedyś , że „Jeśli chcesz mieć przyjaciela w F1, to kup sobie psa”. Czy to faktycznie jest tak, że w F1 kolega z teamu tym kolegą nie jest i najchętniej wbiłby ci nóż w plecy?

- Kiedy założy kask, to tak (śmiech). Ważna jest dobra współpraca, nawet nie pomiędzy sobą, a dla zespołu. To może PR-owa gadka, ale jeśli masz ten sam feeling z autem i podążasz tą samą drogą, to jest to ułatwienie. Zdarzało się jednak bardzo często, mnie również, że partner robi wszystko, żeby ci tę drogę utrudnić. Potrafił nakierować zespół w takim kierunku, żeby tobie nie odpowiadał. Ważne, żeby zachować dobrą współpracę poza bolidem, a podczas wyścigu rywalizacja jest ogromna i kierowcy myślą tylko o sobie. I tak powinno być. Nie jest to świat, w którym bym szukał przyjaciół. Mam kilku dobrych znajomych z padoku, ale jest to naprawdę garstka ludzi.

- Co muszą zrobić młodzi adepci motorsportu, żeby być jak Robert Kubica? O dziwo nie jest konieczne... prawo jazdy.

- I to jest właśnie ewenementem motorsportu. Verstappen przed 18-stką jeździł w F1, a nie miał prawa jazdy. I to jeździł całkiem nieźle (śmiech). Wracając do młodych kierowców, to mam nadzieję, że będą lepsi niż Robert Kubica. Trzeba pamiętać, że motorsport jest drogi, inaczej jak piłka nożna czy tenis, które są bardziej dostępne. Jak ja zaczynałem, to było to bardzo egzotyczne widzieć 5-letniego Kubicę śmigającego po boisku pomiędzy butelkami wypełnionymi piaskiem. To sport, do którego trzeba mieć cierpliwość. Teraz zbyt często mówi się, że "mój syn to będzie nowym Schumacherem czy Hamiltonem". Ta droga jest długa i bardzo trudna.

- Wyobrażasz sobie siebie zupełnie poza sportem? Kiedy wsiadasz do auta ale nie po to by się ścigać, ale wyłącznie pojechać po zakupy czy coś załatwić.

- Przede wszystkim jestem szczęściarzem, że moja pasja i pierwsza miłość do kręcenia kierownicą przerodziła się w pracę. Kiedy ścigałem się w kartingu na międzynarodowych zawodach i mój tata powiedział, że mamy propozycję i musimy przenieść do do formuł, to zacząłem płakać, bo chciałem zostać w kartingu. Nigdy nie dążyłem do sławy, ale chciałem jeździć w najtrudniejszych wyścigach. Wiem, że nadejdzie dzień, w którym moja pasja nie będzie możliwa do wykonywania, albo będę musiał ją jakoś przekształcić. Ciężko mi sobie wyobrazić, żebym całkowicie skończył ze sportem. Mam nadzieję, że nie przyjdzie moment, w którym ta moja pasja zostanie wyłączona, bo to by oznaczało, że wydarzyło się coś złego.

- Jaki jest Robert Kubica jako zwykły kierowca na zwykłej drodze?

- Miałem to duże szczęście, mogłem adrenalinę zostawić na torze. Staram się jeździć przepisowo, nazywam to "zgrabnie". Czasami trzeba jeździć w ramach przepisów, ale dynamicznie. Ale to nie znaczy niebezpiecznie. Pamiętajmy też, że nie jesteśmy sami na drodze. Moją drugą pasją jest kolarstwo i jadąc rowerem często widzę ludzi z telefonami, to stało się normalne. A na drodze trzeba się skoncentrować tylko na jeździe.

Rozmawiał Przemysław Ofiara

Robert Kubica: F1 to nie jest świat, w którym trzeba szukać przyjaciół
Sonda
Czy Robert Kubica to legenda Formuły 1?
Listen on Spreaker.
Najnowsze