Nasza najlepsza biegaczka ma szansę powiększyć dorobek, bo czeka ją jeszcze walka na maratońskim dystansie 30 km stylem klasycznym. Na razie biegaczka z Kasiny Wielkiej cieszy się z dwóch krążków olimpijskich i zastanawia, czy nie warto by... zachorować na astmę.
- Który medal bardziej cieszy?
- Ja kocham równo wszystkie moje medale, tak jak równo kocha się swoje dzieci.
- Przeżywaliśmy wielki dramat i horror czekając na ogłoszenie, że jednak pani zajmie
trzecie miejsce, a nie Norweżka Steira. Co pani wtedy czuła?
- A nic, czekałam sobie spokojnie. To jest sport, ktoś musi być pierwszy, ktoś drugi, ktoś czwarty, a ktoś dziesiąty. Ja dzisiaj byłam trzecia o pięć centymetrów. I to Kristin bardzo płakała, bo znalazła się za mną.
Przeczytaj koniecznie: Astmatyczki na sterydach chciały ukraść Justynie medal
- Podobno mogła pani zostać zdyskwalifikowana za nieprawidłowy styl jazdy?
- Norwegowie złożyli protest, który został odrzucony. Jury pokazało mi miejsce błędu, analizowało. Później czekałam na decyzję dwie minuty, potem wszystko było jasne. To były ciężkie chwile.
- Nie zastanawia panią, że niektóre zawodniczki, w tym trzykrotna medalistka igrzysk Marit Bjoergen, chorują na astmę i mogą korzystać z leków normalnie zabronionych przez władze antydopingowe?
- Chyba 90 procent biegaczy jest chorych na astmę. To wiadomo nie od dzisiaj, takie jest życie.
- Znowu przegrała pani z "chorą" zawodniczką.
- Poważnie się zastanawiam, żeby z doktorem znaleźć u mnie jakąś astmę. W pierwszej trójce, a może nawet piątce, tylko ja jestem zdrowa. Wszystkie pozostałe to astmatyczki. Trzeba się zastanowić, czy nie zachorować. Te, które to zgłoszą, mogą przed startem przyjmować sterydy, które rozszerzają pęcherzyki płucne, a nie muszę tłumaczyć co oznacza w naszym sporcie więcej powietrza w płucach.
- Trener gratulował świetnego finiszu?
- Jest niesamowicie dumny i spełniony tak jak ja. Nie miał wielkich uwag po tym biegu. Myśmy od początku sygnalizowali, że na tych trasach nie będę miała gdzie zmęczyć rywalek, gdzie uciekać.
- Jak wiele takich finiszów o pół buta, jak z Kristin Steirą, wygrywała pani w karierze?
- Raczej zdarzało mi się częściej przegrywać. Tu na igrzyskach chyba drugi raz wygrałam taką małą różnicą.
- Gdy walczyła pani ze Steirą stopa w stopę na linii mety, nie wiedziała pani, czy była przed nią?
- Wydawało mi się, że wygrałam i byłam trzecia, ale musiałam czekać na decyzję z fotofiniszu. Tego nigdy nie wie się do końca, kiedyś podczas sprintu w Lahti też sądziłam, że byłam lepsza, a znalazłam się z tyłu.
Patrz też: Specjalista od alergii: Musiałbyn najpierw zbadać Justynę
- Ten wypad finiszowy podobny do szpagatu specjalnie pani ćwiczy?
- Oczywiście, to jest element stale trenowany. Ja w takich czysto technicznych rzeczach jestem raczej dość słaba. Widocznie udało mi się wtedy, kiedy to było potrzebne najbardziej.
- Jak się dzisiaj biegło?
- Bardzo ciężko, na klasyku poprowadziłam, nie wiozłam się za nikim. Potem nie było łatwo na pętli łyżwowej, na której się męczyłam na odcinkach prostych i na zakrętach. To, że udało mi się być w czołówce i wyrwać medal, to niesamowite osiągnięcie. Nigdy sportowo nie czułam się tak szczęśliwa jak dziś wieczorem. Powód jest jeden: dziewczyna z Polski, która dziesięć lat temu nie umiała chodzić na nartach, zdobyła tu dwa medale olimpijskie. Dla mnie nie do pojęcia. Mogą sobie ludzie mówić o jakichś złotych medalach, ale trzeba przyjechać w roli faworytki na igrzyska i wtedy się poczuje całą presję tej sytuacji.
- Srebrny medal dedykowała pani trenerowi. Komu zadedykuje pani brąz?
- Trenerowi i rodzicom.
Korespondencja z Kanady, Marek Żochowski