Agnieszka Radwańska: Poczułam, że doszłam do ściany [WYWIAD]

2019-05-24 7:34 Michał Chojecki
Konferencja przed benefisem Agnieszki Radwańskiej
Autor: ŁUKASZ GĄGULSKI/SUPER EXPRESS Konferencja przed benefisem Agnieszki Radwańskiej

20 wygranych turniejów WTA, finał Wimbledonu, trzy wielkoszlemowe półfinały, triumf w WTA Finals, pozycja numer 2 w rankingu... Agnieszka Radwańska (30 l.) pół roku temu zakończyła pełną sukcesów karierę i choć na sam szczyt nie udało jej się wspiąć, cały czas powtarza, że nie żałuje swojej decyzji. - Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. A ja poczułam, że doszłam do ściany - mówi.

"Super Express": Czego pani najbardziej brakuje po sześciu miesiącach poza tenisowym tourem?
Agnieszka Radwańska: Atmosfery turnieju. Można dalej podróżować po świecie, można też grać cały czas w tenisa, ale jednak atmosfera podczas turnieju to coś wyjątkowego. Druga rzecz to przyjaźnie. Wiele jest osób, z którymi spędzałam czas przez 300 dni w roku i teraz mi ich brakuje. Mam nadzieję, że jak pojadę na Szlema już w innej roli, to będę mogła znów poczuć to wszystko, co było przez tyle lat.

- Decyzję o końcu kariery tłumaczyła pani głównie kontuzjami i chorobami. Czy głównym problemem nie było jednak wypalenie mentalne?
- To było tak naprawdę połączenie wszystkiego. Czułam się zmęczona i fizycznie i mentalnie. Wszystko się łączy, jedno wpływa na drugie. Co było głównym problemem? Nie wiem, ale poczułam, że już doszłam do ściany i nie mogę nic więcej zrobić, bo najlepsze za mną, a konkurencja nie śpi i cały czas idzie w szybkim tempie do przodu. Minęło pół roku i nie żałuję tej decyzji, jestem przekonana, że była właściwa.

- Tenis to sport popularny na całym świecie. Konkurencja jest ogromna, a pani przez tyle lat była w ścisłej czołówce. Nie jest pani przykro, że w Polsce tak wielu ludzi skupia się jednak głównie na tym, czego pani nie udało się osiągnąć?
- Nic na to nie poradzimy. Oczywiście, że można było więcej, ale przez te 13 lat w zawodowym tenisie ja naprawdę dawałam z siebie wszystko. Chyba było też tak, że przyzwyczaiłam kibiców do moich sukcesów. Bardzo szybko wspięłam się do pierwszej dziesiątki rankingu, a potem byłam w niej tak długo, że nie robiło to już na ludziach takiego wrażenia. Ciężko jest w tym sporcie wejść na szczyt, a jeszcze trudniej się tak wysoko utrzymać. Myślę, że faktycznie wiele osób tego nie docenia.

- Najwspanialszy moment w karierze?
- Singapur. Wygrane WTA Finals w 2015 roku to był największy triumf i to jeszcze osiągnięty w wyjątkowych okolicznościach, bo przecież przegrałam dwa pierwsze grupowe mecze i byłam już niemal za burtą, a jednak udało się ten prestiżowy turniej mistrzyń wygrać.

- Mówiło się, że po Radwańskiej w polskim tenisie będzie pustka, ale jednak szybko zaczęło się dziać. Jest Hubert Hurkacz, jest Iga Świątek...
- Faktycznie, Hubert i Iga radzą sobie całkiem fajnie. Hurkacz zrobił w ostatnim czasie niesamowite postępy i wspina się w rankingu bardzo szybko. Gra z zawodnikami ze ścisłej czołówki i są to często zwycięstwa albo bardzo wyrównane mecze. To jak szybko się rozwija, jest naprawdę imponujące. Potencjał jest duży, tym bardziej, że to jeszcze bardzo młody zawodnik. To samo Iga, która przecież jeszcze nie skończyła 18 lat. Tu też wszystko się może zdarzyć. Marzy mi się, żebyśmy jak najczęściej mogli oglądać polskich tenisistów w drugim tygodniu Szlema.

- Jakiej rady udzieliłaby pani Idze jako starsza i doświadczona koleżanka? Na co musi głównie uważać?
- Jest wiele aspektów, na które trzeba uważać i mnóstwo elementów musi być dopiętych, żeby ta całość naprawdę wypaliła. Przede wszystkim musi dobrze dobierać ludzi z najbliższego otoczenia. To jest niezwykle ważne, bo z tymi osobami spędzasz niemal cały rok i praktycznie cały czas. Z nimi trenujesz, podróżujesz, planujesz gdzie i ile turniejów zagrasz. Najbliżsi ludzie to jest chyba taki klucz do wszystkiego.

- Był już pierwszy od wielu lat wypad na narty, był też występ w "Tańcu z gwiazdami". Co dalej?
- Zobaczymy, ale dla mnie zwykłe życie jest luksusem, którego nigdy nie miałam. Choćby święta. Normalnie spędzałam je z paszportem w ręku i spakowana, bo w drugi dzień musiałam już wylatywać na drugi koniec świata. Zawsze wiadomo było, że szybko zjem, pójdę spać i muszę lecieć. Teraz wreszcie mogłam się świętami nacieszyć.

- Kończąc karierę, mówiła pani, że ból i zmęczenie są tak duże, że jeszcze mnóstwo czasu upłynie, zanim dojdzie pani do siebie. Czy po tych sześciu miesiącach można powiedzieć, że Agnieszka Radwańska złapała już pion?
- Jeszcze nie... Absolutnie nie!