Kazimierz Górski

i

Autor: Darek Iwański/Super Express

Lato o Górskim

Wzruszenie ściska nas za gardło, gdy słuchamy opowieści o trenerze wszech czasów. W niedzielę skończyłby 104 lata, a więc „Ćmaga dla pana Kazia!” [ROZMOWA SE]

2025-03-02 7:45

Złoty (1972) i srebrny (1976) medal olimpijski i trzecie miejsce na MŚ w RFN w 1974 – nie byłoby tych sukcesów bez legendarnego Kazimierza Górskiego, którego 104. rocznica urodzin przypada 2 marca. Jeden z jego najwybitniejszych podopiecznych, Grzegorz Lato, miał udział we wszystkich tych triumfach, a teraz podzielił się z „Super Expressem” kilkoma wspomnieniami o Trenerze wszech czasów.

„Super Express”: - Zacznijmy od… końca. Zastanawiał się pan kiedyś, jaki wynik osiągnęlibyście na mundialu w Argentynie w 1978, gdyby poprowadził was Kazimierz Górski?

Grzegorz Lato: - Dobre pytanie! Myślę, że nie popełniłby takich błędów, jak Jacek Gmoch.

- Czyli?

- Kaziu świetnie wiedział, że zwycięskiego składu się nie zmienia. A Jacek wymyślił przed meczem z Argentyną – najważniejszym w całym turnieju, bo otwierającym drugą fazę grupową – przesunięcie Heńka Kasperczaka na stopera, Jurka Gorgonia zaś wysłał na trybuny, bo Argentyńczycy mieli dołem grać. Jurek właśnie piwo na tych trybunach zamówił, gdy Mario Kempes głową nam bramkę strzelał… A potem jeszcze Jacek, szukając wyrównania na 1:1, wpuścił na boisko Włodka Mazura zamiast Włodka Lubańskiego. Nieżyjący już Mazur był moim kumplem, powiem panu. Ale wtedy to Lubański powinien wejść, a nie on!

Po latach piłkarskiej tułaczki szykuje się do pracy w rodzimym futbolu, zamiary ma ambitne. „Chcę zmieniać!” [ROZMOWA SE]

- Na 0:2 z Argentyną mundial się nie kończył…

- To prawda. Chodziło mi w tej opowieści o to, by pokazać, że Kazimierz Górski – poza swą ogromną wiedzą – miał to, czego wtedy zabrakło Gmochowi: nosa do decyzji kadrowych; niezwykłą intuicję. I odwagę, powiem panu. To nie była oczywista rzecz: podziękować legendom reprezentacji – takim jak choćby Stanisław Oślizło - i zastąpić je chłopakami z młodzieżówki, którą wcześniej trenował. Adaś Musiał, Antek Szymanowski, Leszek Ćmikiewicz, Kaziu Kmiecik… Tak, takiego nosa miał tylko Kaziu. Niech pan zobaczy: 22-letniego Mirka Bulzackiego nagle wyciągnął z kapelusza, na najważniejsze mecze w 1973. A potem zastąpił go na mundialu jeszcze młodszym, 20-letnim zaledwie Władkiem Żmudą.

- Ale do Grzegorza Laty długo się przekonywał...

- Pamiętam mój pierwszy z nim kontakt. Jeszcze młodzieżówkę prowadził. Po meczu mojej Stali bodaj z Zagłębiem Wałbrzych podszedł do mnie i z tym swoim charakterystycznym akcentem krótko powiedział: „Panie kolego, to widzimy się za tydzień w Łodzi, na meczu młodzieżówki”. Zawsze tak mówił: „panie kolego”… W sumie zagrałem w młodzieżówce kilkanaście spotkań, a potem Kaziu wziął mnie do seniorskiej reprezentacji. W Hamburgu debiutowałem, z RFN. Bezbramkowy remis był, mogłem ich tam dobić, miałem świetną okazję na 1:0.

- Wielki zespół wtedy się rodził, niespełna rok później zostaliście mistrzami olimpijskimi! Pan się jednak w Monachium nie nagrał. Czemu?

- Bo zwycięskiego składu się nie zmienia! Chłopakom szło, więc z Danią zagrałem tylko dlatego, że ktoś tam z powodu kontuzji wypadł. Ale nie narzekałem. Przecież mogło mnie wcale na igrzyskach nie być, gdyby Kaziu nie ugiął się przed głosem kibiców!

Henryk Kasperczak jasno i otwarcie o tym, co dał Polakom los w eliminacjach mundialu 2026. „To obowiązek!” [ROZMOWA SE]

- Jak to?

- Dwa miesiące przed igrzyskami graliśmy na stadionie ŁKS-u towarzyski mecz z Penarolem Montevideo. Trybuny były pełne, bo jakiś zjazd „młodzieży socjalistycznej” się wtedy odbywał. Nie szło nam, i w pewnym momencie trybuny zaczęły skandować: „Panie Górski, co pan na to, że na ławce siedzi Lato?”. Minutę, dwie, pięć… Kaziu spojrzał na mnie: „Rozbieraj się, wchodzisz”. Strzeliłem bramkę i pojechałem na igrzyska. Tak, Kaziu miał nosa; kolejny raz w moim przypadku wyszło to w 1973, w meczu w Warnie z Bułgarią.

- Dwie bramki pan tam strzelił, 2:0 wygraliśmy!

- Tak. Ale przecież wcześniej Górski nie zabrał mnie na tournée kadry po Ameryce Północnej, z którego kadra leciała prosto do Warny. A mnie kazał nad Morze Czarne dolecieć z kraju. I znów mnie zaskoczył, powiem panu, wystawiając w pierwszym składzie. Te dwa gole sprawiły, że od tamtej pory grałem już u niego niemal wszystkie mecze.

- Na Wembley selekcjoner ponoć nie oglądał końcówki meczu z ławki?

- Tak, poszedł gdzieś w narożnik boiska. Wszyscy wtedy przeżywali niesamowite emocje. Po naszym golu na przykład Jacek Gmoch tak podskoczył z radości i machnął rękami, że trafił Kazia w rękę i nabił mu wielkiego siniaka.

- Pozwolił wam po meczu na „małe co nieco”?

- Na oficjalny bankiet pomeczowy – taka tradycja była wtedy… - ze strony angielskiej przyszedł chyba tylko sekretarz generalnych tamtejszej federacji. A potem Kaziu pozwolił nam na wyprawę do słynnych londyńskich barów. Miejscowa Polonia chętnie by nas wtedy utopiła w whisky, ale każdy wiedział, że nie może zawieść zaufania trenera. To było zresztą zaufanie obustronne.

Antoni Szymanowski z gorzką opinią na temat naszych defensorów, to musi ich zaboleć! Ta podpowiedź powinna trafić do Michała Probierza [ROZMOWA SE]

- Ale raz go nadużyliście, i Adam Musiał na mundialu w 1974 został przez pana Kazimierza odsunięty od gry!

- Prawda jest taka, że nam Kaziu na to wyjście na miasto osobiście pozwolił. Kiedy w Murrhardt, gdzie wtedy mieszkaliśmy, wchodziliśmy do którejś z knajpek, piwo mieliśmy za darmo: tam na miejscu wszyscy byli dumni, że wybraliśmy ich miejscowość na naszą bazę. W jednej z tych knajpek się zasiedzieliśmy: zamiast o 22.00, byliśmy w pensjonacie pół godziny później. Trener na nas czekał, opieprzył z góry na dół i… sprawa by się rozmyła. Ale Adaś zamiast – jak reszta – pójść do pokoju, chciał go udobruchać. Kaziu wyczuł „o jedno piwo za dużo” no i go zawiesił. Działacze chcieli Musiała odsyłać do Polski, ale na to już selekcjoner nie pozwolił. A jak zobaczył grę Guta przeciwko Szwecji, zaraz Adama do składu przywrócił.

- A pamięta pan, by Kazimierz Górski któreś ze zwycięstw świętował z wami?

- Sztab trenerski zawsze miewał swój stół, a my nie zaglądaliśmy, co się na tym stole znajduje (śmiech). Ale owszem, pamiętam jeden z wyjazdów za ocean. Bodaj w ośmiu poszliśmy wówczas do baru. Ni stąd ni zowąd Kaziu dołączył do ekipy. „Ćmaga (wódka w lwowskiej gwarze - dop. aut.) dla pana Kazia!” - zażyczył sobie. I, jak nigdy wcześniej, zaczął nam opowiadać historie o swoich asystentach! O tym, jak Andrzej Strejlau i Jacek Gmoch rywalizują ze sobą, który ważniejszy. „A ja zawsze wysłuchuję jednego, wysłuchuję drugiego, a potem i tak robię swoje” – mówił nam. Krótko mówiąc – zawsze miał ostatnie zdanie, a my o tym wiedzieliśmy!

- Psikusy mu robiliście?

- Jackowi Gmochowi potrafiliśmy schować słynny notes z zapiskami „banku informacji”. Ale trenerowi Górskiemu – nigdy! Za wielkim szacunkiem go darzyliśmy. Nawet największe „kozaki” – taki Janek Tomaszewski na przykład – chodziły przy nim jak w zegarku; szybko ich usadzał.

- Czuję, że kryje się za tym fajna historia. Opowie pan?

- Podczas jednego ze zgrupowań, w Rembertowie, zerwał się do domu Kaziu Deyna. Żony innych kolegów przyjechały wtedy do Warszawy, mieszkały w jednym z hoteli. Więc Jasiu trochę „szumiał”: czemu mamy grzecznie siedzieć? Górski wyszedł wtedy z pokoju, spojrzał na niego i zapytał krótko: „Tomuś, coś ci się nie podoba”. „Tak, nie podoba!” - Jasiu jeszcze próbował dyskutować. „To idź to prześpij. Dobranoc” – odpowiedział trener. Ryknęliśmy śmiechem na widok miny „Tomka”.

Trudno uwierzyć w to, od czego w latach 90. zaczął się kontakt Franciszka Smudy z polskim futbolem. Wszystko przypomniał jego przyjaciel [ROZMOWA SE]

- Czasem jednak Kazimierz Górski potrafił „przyciąć” wam wszystkim, prawda?

- Myśli pan pewnie o „profesorach futbolu” po meczu z Kubą na igrzyskach w Montrealu?

- Oczywiście.

- I miał całkowitą rację wtedy! Te słowa wypowiedziane publicznie były bardzo trafne. Był naszym przyjacielem, tatą wręcz. A myśmy wtedy dali straszną plamę swoją grą. Nie pamiętam, byśmy za jego kadencji odstawili większą chałę, niż w tamtym meczu!

Quiz. Czy rozpoznasz piłkarzy z PRL-u. Brak 15/15 to wstyd dla fanów futbolu!
Pytanie 1 z 15
Zacznijmy od czegoś prostego. Ten były piłkarz reprezentacji Polski grał w Widzewie Łódź, Juventusie Turyn i AS Romie. Po latach kariery był m.in. trenerem reprezentacji Polski oraz szefem PZPN. Jest nim?
Boniek
Sport SE Google News
SuperSport
Czy Polsce potrzebne są Igrzyska Olimpijskie? | SuperSport

Najnowsze