Sprawcą całego zamieszania jest bramkarz Heinz Mueller, który w 2009 roku przeszedł z Barnsley do FSV Mainz i podpisał trzyletni kontrakt. W 2012 został on przedłużony o dwa lata. Wygasał latem 2014 roku i klub zdecydował się już go nie przedłużać. Mueller stał się bezrobotny, mając 35 lat nie mógł znaleźć nowego pracodawcy. Ale znalazł... dobrego prawnika, który pozwał Mainz do sądu pracy.
Prawnik Muellera wykorzystał paragraf, że pracownikowi po dwóch umowach na czas określony, przy trzeciej umowie należy się etat na czas nieokreślony. A takiego pracownika bardzo trudno zwolnić. - Można to zrobić tylko na podstawie odpowiedniego paragrafu, a taki nie występuje w przypadku Heinza Meullera - uznała sędzia Ruth Lippa i nakazała... przywrócenie go do pracy.
Robert Lewandowski niepotrzebny w Monachium. Odważna teza niemieckiej gazety [WIDEO]
- Ten wyrok można porównać do prawa Bosmana. W praktyce oznacza, że w zespole nie będzie fluktuacji i będziemy musieli utrzymywać 50 graczy aż do emerytury - mówi prezes Mainz (zarazem wiceprezes DFB) Harald Strutz.
FSV Mainz oczywiście odwołuje się od tego wyroku. - Nie można porównywać zawodowego sportu do innych branż, ponieważ sportowiec wykonuje swój zawód tylko w ograniczonym czasie. Dlatego piłkarze zarabiają dużo więcej niż normalni pracownicy. Sąd nie wziął tego pod uwagę. Taki wyrok nie powinien się utrzymać - argumentuje w rozmowie z "Bildem" adwokat Christoph Schickhardt.
Ale czy zdanie Schickhardta podzieli sąd drugiej instancji, a później być może Trybunał Sprawiedliwości w Strasburgu? Jeśli nie - to będzie w europejskiej piłce (także polskiej) jeszcze większa rewolucja niż z prawem Bosmana.