Joel Valencia z Piasta po incydencie w Gdańsku: Nawet rasiści zasługują na drugą szansę

2019-04-24 18:47 Piotr Koźmiński, Marcin Szczepański
Joel Valencia, Piast Gliwice
Autor: Cyfra Sport Joel Valencia

Joel Valencia (24 l.) z Piasta wyrósł na jednego z najlepszych piłkarzy Ekstraklasy, ale ostatnio spotkała go ogromna przykrość: rasistowskie zachowanie części kibiców Lechii. Co sądzi o wydarzeniach w Gdańsku, świetnej formie Piasta, jak wspomina niedoszły transfer do Barcelony i dlaczego nie chce znać ojca? O tym Ekwadorczyk opowiedział „SE”.

„Super Express”: Na koncie twitterowym masz wpisaną taką sentencję „marzenia umierają tylko wtedy, gdy umiera marzyciel”. To jakie są twoje marzenia, te piłkarskie i te życiowe?
Joel Valencia: - Chciałbym móc powiedzieć kiedyś, będąc już na końcu tej piłkarskiej drogi, że miałem dobrą karierę. Że umiałem grać w piłkę i to pokazałem. Jeśli chodzi o futbol, to w moim przypadku wszystko przyszło bardzo szybko. W Realu Saragossa błyskawicznie uznano mnie za duży talent, w lidze hiszpańskiej, przeciw Realowi Madryt, zadebiutowałem mając niespełna 17 lat… Potem pojawiły się różne zakręty, ale teraz znów idę w górę. A poza piłką? Chciałbym mieć kiedyś rodzinę, taką stabilną, silną, na mocnych podstawach. I chciałbym być zdolny, aby tą rodziną się zajmować, opiekować, pomagać bliskim, również finansowo. Dlatego, poza sukcesem sportowym, istotne jest też, aby w trakcie kariery zabezpieczyć byt ekonomiczny sobie i bliskim.

- Skoro mówimy o marzeniach. Marzy ci się mistrzostwo Polski dla Piasta? To marzenie czy bardziej szaleństwo?
- Staramy się mocno stąpać po ziemi, iść krok po kroku. Zawsze mówię, że gdy stawiasz sobie dalekie cele, to możesz się „wyłożyć” na pierwszej przeszkodzie. Ale z drugiej strony jesteśmy bardzo dobrym zespołem, więc jeśli okoliczności byłyby sprzyjające, to nie zawahalibyśmy się wyciągnąć rękę po tytuł. Moim zdaniem Piast gra teraz najlepszą piłkę w Polsce.

- No właśnie. Jaki jest sekret siły Piasta?
- Tworzymy świetnie rozumiejącą się grupę, jesteśmy zjednoczeni, każdy walczy za każdego. Indywidualnie natomiast jesteśmy po prostu dobrymi piłkarzami, mamy dużo jakości. Jeśli więc połączysz umiejętności z dobrą atmosferą i poczuciem jedności, to masz przepis na sukces. Do tego dochodzi trochę szczęścia w naszym przypadku.

Sa Pinto rwał się do Fornalika
Autor: TOMASZ RADZIK/SUPER EXPRESS Sa Pinto rwał się do Fornalika

- Trzeba też pewnie dodać dużą rolę trenera…
- Jak najbardziej! Pan Fornalik jest integralną częścią tych wyników, ich architektem. Z drużyny, która rok temu walczyła o utrzymanie, stworzył czołowy zespół w Polsce. Nie bał się zmieniać piłkarzom pozycji, w tym mnie, poukładał to po swojemu. Jaki to trener? Bardzo spokojny, cichy… Ale… Gerard Badia powiedział mi kiedyś, że Gliwice to takie miejsce, które zmienia ludzi na lepszych, weselszych. I ja to widzę też po trenerze. Częściej niż wcześniej się uśmiecha, żartuje, jemu też Gliwice służą. Oczywiście, rezultaty robią swoje – dzięki nim wszyscy jesteśmy szczęśliwsi.

- Można powiedzieć, że bez względu na to co się wydarzy w końcówce ligi Piast już jest wielkim wygranym tego sezonu?
- Na papierze tak to wygląda, nasi kibice mają tak prawo powiedzieć, ale… My, piłkarze, nie chcemy się zadowalać tym, co już mamy. Nie! To byłaby zła taktyka. Walczymy do końca, o więcej. Tyle ile się da wycisnąć…

- Ostatnio słyszałem o tobie dwa określenia „Valencia to perła Ekstraklasy”, „Valencia to teraz najlepszy piłkarz ligi”. Podobają się?
- Nawet nie chcę tego słuchać!

- Dlaczego?!
- Bo wiem jak w piłce wszystko szybko się zmienia. Dziś usłyszysz o sobie, że jesteś perłą, a jutro, po niewykorzystaniu jednej sytuacji, już jesteś g…

- Piast, jak mówi wielu, gra ponad stan. Wychowałeś się, również piłkarsko, w Hiszpanii, Gdybyś miał porównać Piasta do któregoś klubu z La Liga, to pewnie nie byłby to ani Real, ani Barcelona…
- Patrząc na ten sezon, Piast jest takim polskim Getafe. Oni też z reguły grają niżej, a w tym sezonie walczą o Ligę Mistrzów.

- Twoja gra na pewno przykuwa uwagę mocniejszych polskich klubów. Wyobrażasz sobie przejście do innej polskiej drużyny, czy wolałbyś, kiedy będziesz gotowy, wyjechać za granicę? Jakbyś na przykład zareagował na ofertę z Lecha czy Legii?
- Najważniejszy w tym momencie jest Piast. Mam tu jeszcze dwa lata kontraktu.

Camp Nou, FC Barcelona, stadion
Autor: East News Camp Nou podczas meczu FC Barcelona - UD Las Palmas, który rozegrano bez udziału kibiców.

- Gdy miałeś 17 lat i grałeś w Saragossie, to interesowała się tobą nawet Barcelona, chcąc zapłacić 300-400 tysięcy euro. Ile w tym prawdy, a ile legendy, plotek?
- To żadne legendy. Tak było. Barcelona chciała mnie, ale… Wtedy w Saragossie ja już pukałem do pierwszego zespołu, a przejście do Barcelony oznaczałoby pójście do drużyny młodzieżowej. Czyli do La Masii. A ja byłem przekonany, że w Saragossie jestem blisko tego, żeby „odpalić”, żeby zrobić tam dużą karierę,w dorosłej piłce, nie cofając się już do młodzieżowej.

- To czemu stało się zupełnie inaczej? Pewnie część winy musisz wziąć na siebie…
- Część na pewno. To w sumie splot różnych okoliczności. Jak mówiłem, bardzo szybko zadebiutowałem w pierwszym zespole, oczekiwania zrobiły się wobec mnie ogromne. Dużo było szumu, ta kwestia przejścia do Barcelony ciągnęła się pół roku. Byłem między pierwszym a drugim zespołem, trener drugiej drużyny nie bardzo chciał mnie wystawiać, skoro nie uczestniczyłem w jego treningach. W głowie trochę się „kręciło” od tego wszystkiego…

- Któregoś dnia, ze względu na twoją hiszpańską przeszłość, chciałbyś właśnie wrócić do La Liga?
- Szczerze? Kiedy będę gotowy, to obojętne mi do której mocnej ligi pójdę.

- A w Polsce pokazujesz już wszystko na cię stać?
- A skąd! Wciąż popełniam dużo błędów. Muszę poprawić moment podania, lepiej wybierać pod tym względem, to samo ze strzałami. Przyda się też więcej szczęścia, bo w tym sezonie pięć razy trafiałem w słupek lub poprzeczkę. To bodaj pierwszy wynik w lidze z Carlitosem.

Szymon Marciniak, sędzia
Autor: Łukasz Grochala/Cyfrasport Szymon Marcinak jest jedynym polskim arbiterem, który będzie sędziował na mundialu w Rosji. Wcześnie prowadził on jako sędzia głowny trzy spotkania podczas mistrzostw Europy w 2016 roku.

- To ciężki temat, ale nie sposób go nie poruszyć. Jak podchodzisz do wydarzeń w Gdańsku, gdzie niektórzy kibice Lechii zachowali się w sposób rasistowski względem ciebie, naśladując małpy, gdy byłeś przy piłce?
- Logicznie rzecz ujmując, musiało mnie to zaboleć. No bo jak mogłoby być inaczej. Ale starałem się za bardzo nie zwracać na to uwagi, starałem się przede wszystkim skupić na grze. Choć tu, korzystając z okazji, powiem, że jestem dumny i wdzięczny kolegom z drużyny, którzy reagowali. Zarówno tam, wtedy gdy to się działo, jak i potem, na różne sposoby. Pokazali po raz kolejny, że jesteśmy jednością. Że atak na jednego z nas jest atakiem na nas wszystkich. Tak wygląda prawdziwa drużyna…

- Sędzia Szymon Marciniak, na skutek haniebnego zachowania, wdrożył protokół antyrasistowski. Zakłada on: odczytanie ostrzeżenia przez spikera, potem, jeśli to nie pomoże, zejście na kilka minut do szatni, a jeśli znów się to powtórzy, to zakończenie meczu. Co sądzisz o takich zasadach?
- Wiesz co sądzę tym protokole?

- To właśnie chciałbym usłyszeć…
- Że porażką jest to, iż on w ogóle musiał powstać. Gdzie my jesteśmy, kim my jesteśmy, skoro w XXI wieku na papierze musimy spisywać zasady postępowania, kiedy jeden człowiek tak traktuje drugiego?! Coś poszło nie tak. Ja bym bardzo chciał tym jednym wywiadem zakończyć problem rasizmu, ale przecież tak się nie stanie. To praca na długie lata, na pokolenia. W domach, w szkole, wszędzie. Tylko uświadamianie ludziom że wszyscy są RÓWNI może pomóc… Ale, jak mówię, to proces na jeszcze wiele lat… Pamiętam przypadek, niedawny przecież Coulibaliego, z Napoli, który chciał zejść z boiska, bo tak go obrażano…

- Myślisz, że któregoś dnia mógłbyś zrobić tak samo?
- Nie wiem… Wolałbym nie, ale rozumiem tych, którzy tak robią. Czasem po prostu coś w człowieku pęka…

- Sporo jest opinii, że takie osoby powinny być przykładnie ukarane: dostawać dożywotnie zakazy stadionowe. Jesteś za?
- Nie. Jestem przeciw! Każdy zasługuje na drugą szansę, nawet rasiści. Samo karanie nic nie da. Jak mówię, to jest proces edukacyjny na lata… Też bywam impulsywny, w momencie wściekłości czy „zaćmienia” rzucę przekleństwo, naskoczę na kolegę czy rywala. Przez kilka sekund jestem wulkanem, ale zaraz potem znów najspokojniejszym człowiekiem na świecie (śmiech). Dlatego druga szansa należy się każdemu. W różnych aspektach.

- To był chyba pierwszy rasistowski przypadek pod twoim adresem w Polsce?
- Może nie pierwszy, ale pierwszy na taką skalę. Gdzieś tam już odgłosy małp słyszałem, ale to były sporadyczne przypadki, nie będę mówił gdzie, żeby nie wzniecać kolejnego pożaru. Generalnie też nie zamierzam o tym za dużo mówić, robię to tym wywiadem i wystarczy. Bo to też tak działa, że im mniej poświęca się tym ludziom uwagi, tym może lepiej…

- Ale milczenie też nie jest dobre, to musi być piętnowane…
- Dlatego jednak o tym rozmawiamy. Nie chcę jednak przesadzić, robić z tego jakiejś wielkiej debaty. Piłka nożna ma dawać radość, ma być rozrywką. A nie okazją do złych zachowań.

- Informacje, z tego co widziałem, przedostały się jednak już do ekwadorskich mediów…
- Tak, sytuację opisał między innymi ekwadorski dziennikarz, który przyjechał do Polski, aby obsługiwać mistrzostwa świata do lat 20, na których będzie grał Ekwador.

- Czytałem, że w Hiszpanii też spotkała cię podobna przykrość…
- Ale wtedy to było coś innego, w wieku dziecięcym. A wiadomo jak to jest z dziećmi. Gdy jedno wkurzy się na drugie, to najłatwiej wyciągnąć argument „a ty jesteś czarny”. Tamten chłopak na drugi dzień, chyba po rozmowie z rodzicami, bardzo mnie przepraszał i zostaliśmy dobrymi kolegami.

Antonio Valencia
Autor: archiwum se.pl

- Zostawmy już te bolesną kwestie… Wspominałeś, że chciałbyś pomagać rodzinie. W wywiadach nie ukrywałeś, że wychowywali cię dziadkowie. To ich masz przede wszystkim na myśli, mówiąc o pomocy?
- Zdecydowanie tak. To najbliższe mi osoby. Mama urodziła mnie mając 14 lat, więc ciężar wychowania wzięli na siebie dziadkowie. I chciałbym kiedyś w stu procentach się im odwdzięczyć.

- 14 lat… To bardzo młody wiek. A ojca poznałeś?
- Nie, nigdy. I w żadnym wypadku nie mam takiego zamiaru!

- Czego z Ekwadoru brakuje ci w Polsce najbardziej?
- Słońca (śmiech). I niektórych potraw.

- A co z Polski zabrałbyś do Ekwadoru?

- Wiadomo – zurek (śmiech).

- Nazwisko Valencia dużo waży w ekwadorskiej piłce. Masz nadzieję, że w ojczyźnie będziesz tyle znaczył co Antonio Valencia, piłkarz Manchesteru United?

- To będzie bardzo trudne, bo Antonio bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę. Ale na pewno będę walczył o miejsce w narodowym zespole. To jeden z moich celów… Dobra gra w Polsce może mi w tym pomóc.

Najnowsze