Waldemar Matysik

i

Autor: Cyfrasport Waldemar Matysik

Podróż przez polskie mundiale

Polacy marzą o 1/8 finału w Katarze. A kiedyś taki wynik był przyjmowany z goryczą... Waldemar Matysik zabiera nas na turniej Mexico'86

2022-11-26 6:30

W sobotnie popołudnie w Katarze podopieczni Czesława Michniewicza zagrają o przedłużenie swych szans na wyjście z grupy. Po raz ostatni w 1/8 finału Biało-Czerwoni znaleźli się podczas mundialu w Meksyku, w 1986 roku. O okolicznościach, w jakich dokonaliśmy czegoś, czego nie udało się powtórzyć żadnej reprezentacyjnej ekipie polskiej w XXI wieku, opowiedział „Super Expressowi” uczestnik Mexico'86, Waldemar Matysik.

Dla Matysika był to już drugi turniej finałowy; cztery lata wcześniej, również pod skrzydłami Antoniego Piechniczka, nasza drużyna wywalczyła trzecie miejsce w świecie. W Kraju Azteków szczytem możliwości okazała się czołowa szesnastka globu, choć pamiętać warto, że drogę do niej otwarło nam zwycięstwo z Portugalią!

„Super Express”: - Cztery lata po trzecim miejscu na mundialu w Hiszpanii, pojechał pan na swoje drugie mistrzostwa świata. W Meksyku byliśmy jednak bardzo daleko od powtórzenia sukcesu. Dlaczego?

Waldemar Matysik: - Przygotowania były prawie takie same, bo przecież kadrę prowadził ten sam trener – zakochany w Wiśle, gdzie po raz kolejny się spotkaliśmy i szlifowaliśmy formę. W 1982 mieliśmy kilku zawodników z doświadczeniami z poprzednich mundiali: Grzegorza Latę, Władysława Żmudę. Trochę łatwiej w tej sytuacji odnaleźć się było tym, co jechali na turniej po raz pierwszy. Przede wszystkim jednak byliśmy drużyną głodną sukcesu; taką, która chciała coś osiągnąć. Do Meksyku też pojechali piłkarze „ograni” w Hiszpanii: Włodek Smolarek, Zbyszek Boniek, Józek Młynarczyk, ja... Ale już nie byliśmy drużyną.

– Co to znaczy?

– W Hiszpanii wszyscy – niezależnie od tego, czy grali, czy siedzieli na ławce – chcieli tego samego: zwycięstwa. Mimo ciężkiego początku, właśnie dzięki też żądzy sukcesu w każdym z nas, nabraliśmy odwagi, werwy. Cztery lata później takiej atmosfery brakowało.

– Ale przecież turniej zaczęliście lepiej niż w 1982. Remis z Marokiem może nie był szczytem marzeń, ale wygraną z Portugalią – medalistą mistrzostw Europy – trzeba było nazwać sukcesem. Więc czemu nie było tej atmosfery?

– Bo wszyscy, którzy siedzieli na ławce rezerwowych, wypatrywali tylko okazji, żeby wskoczyć do składu. Każdy chciał grać – co nie jest niczym złym. Zła jest natomiast niezdrowa rywalizacja. W Hiszpanii rezerwowi też rwali się do gry, ale interes drużyny był na pierwszym miejscu. A w Meksyku – już niekoniecznie. Mieliśmy – moim zdaniem – ekipę nawet lepszą technicznie niż w Hiszpanii, bo przecież Dziekanowski, Urban, Tarasiewicz czy Furtok to byli piłkarze z wielkim talentem i umiejętnościami, ale... nie byliśmy zespołem. I to nas w Meksyku załatwiło. Nie pokazaliśmy tego, co w nas tkwiło.

– Może – jak to w takich przypadkach bywa – szło o pieniądze? O podział premii dla grających i „ławkowiczów”?

– Nie sądzę. Dla mnie w każdym razie to nie było najważniejsze. Powiem szczerze, że nawet nie pamiętam jakichkolwiek rozmów o premiach przed mistrzostwami.

– Bahia Escondida – jak kojarzy się panu po latach nazwa ośrodka, w którym mieszkaliście w Meksyku?

– Kiepsko. Ośrodek był zamknięty, pilnie strzeżony przez karabinierów i wojskowych. Wejście osoby postronnej na jego teren było praktycznie zupełnie niemożliwe. Pamiętam, że Andrzeja Zgutczyńskiego odwiedzić chciał ktoś z jego rodziny; ktoś mieszkający na stałe chyba w USA. Udało się, ale potrzebne były do tego jakieś specjalne pozwolenia, dokumenty. To działało i w drugą stronę: nas też nie wypuszczano poza mury.

– Zdaje się jednak, że te obostrzenia były potrzebne, bo na ulicach Monterrey zdarzały się od czasu do czasu zamieszki spowodowane zamknięciem miejscowej fabryki i dużymi zwolnieniami. Zgadza się?

– Prawdę mówiąc w tym naszym przymusowym zamknięciu nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z tej sytuacji. Dopiero bodaj po drugim meczu zawodnicy – ale i sztab trenerski też – wymusili na organizatorach, by nas zza tych betonowych murów Bahia Escondida choć na kilka godzin wypuścili. Ale i tak jechaliśmy w obstawie uzbrojonej po zęby ochrony, a samo Monterrey właściwie poznawaliśmy wyłącznie zza szyb autobusu.

– To zamknięcie w betonie bardzo doskwierało?

– Bardzo. Zero szans na to, by się nieco odprężyć, „skoczyć na miasto”, co zdarzało się cztery lata wcześniej w Hiszpanii.

– W Hiszpanii Zbigniew Boniek po meczu z Kamerunem wyciągnął was na piwo, żeby „oczyścić głowy”, prawda?

– Tak. Zawsze musi być w grupie ten moment, w którym obgada się wszystkie problemy i powie sobie nawzajem prosto w oczy, co się nie podoba. W Meksyku okazji ku temu zabrakło. Tylko beton, basen, nawet niespecjalnie wiele cienia, żeby się w nim schronić przed upałem... Psychicznie, dla kondycji całej drużyny, było to fatalne. Dziś – jak czytam i słyszę – zawodnicy mają do dyspozycji bilard, stoły do pingponga, siłownie, rowerki stacjonarne... Miejsc do porozmawiania – przy okazji aktywnego wypoczynku – jest wiele. Nam zostawały pokoje w ośrodku, w których tworzyły się grupy i grupki.

– Na zasadzie „młodzi – starzy” czy raczej według podziałów klubowych?

– Bardziej regionalnych: Śląsk, Polska centralna, Warszawa - tak ja to odczuwałem. Byłem jedyny, który już po meczu z Brazylią, czyli po odpadnięciu z turnieju, powiedział głośno w szatni: „To nie powinno być tak, że ktoś ustala skład całej drużyny z trenerem, a sam gra źle”. Po tej mojej wypowiedzi jeden ze starszych kolegów zaprotestował, inny mnie poparł – to też potwierdzało podziały w drużynie...

– Może trzeba było powiedzieć to wcześniej? Choćby po porażce z Anglią...

– Ale w tamtej sytuacji – gdy właściwie nikt nie miał pewności, czy w następnym meczu wyjdzie na boisko – nie było łatwo o takie słowa. W Hiszpanii był trzon drużyny, wymieniano pojedyncze ogniwa. W Meksyku pewniakami byli tylko ci, którzy nie podpadli temu, który z trenerem ustalał skład.

– Ucieka pan od nazwania po imieniu tego „kogoś”...

– Nie chcę używać nazwisk. Powiedziałem w szatni, co powiedziałem – również jemu prosto w oczy – i niepotrzebna mi teraz, po wielu latach, rozmowa „przez gazetę”. Ci, którzy byli w Meksyku, wiedzą, jak to się odbywało.

– Z Brazylią w 1/8 finału nasz zespół – zwłaszcza do pewnego momentu – nawiązywał wyrównaną walkę. Poprzeczka Karasia, słupek Tarasiewicza – działo się.

– Działo się. Owszem, zaczęliśmy dobrze, mieliśmy swoje szanse. Ale przy tym klimacie, wysokościach, trawie – i żółtej fali kibiców brazylijskich na trybunach – właściwie nie mieliśmy szans na zwycięstwo z „canarinhos”. Swoją drogą, po końcowym gwizdku, oznaczającym dla nas pożegnanie, chyba byłem... jedynym w całej ekipie człowiekiem zadowolonym z tego, że jedziemy do domu.

– Czemu?

– Bo 8 czerwca urodził mi się syn Mateusz i strasznie mi się do niego spieszyło. Chciałem tego mojego małego „Mundialito” gorąco uściskać, żeby zapomnieć o tej całej atmosferze, jaka panowała w drużynie.

– Nie było jeszcze wtedy telefonów komórkowych, z Polski niełatwo się było również stacjonarnie dodzwonić gdziekolwiek. Jak się pan dowiedział o narodzinach syna?

– Z telegramu, jaki wysłali do mnie działacze Górnika Zabrze. A do klubu pojechał z tą wiadomością mój teść.

– Wspomniany bój z Brazylią oglądał pan z ławki, prawda?

– Tak. Przez długi czas miałem do trenera Piechniczka żal, że na taki mecz mnie nie wystawił.

– Wie pan, skąd taka decyzja?

– Mówiono mi potem, że ponoć przez rzekome moje rozkojarzenie wiadomością o narodzinach syna. Ale było dokładnie odwrotnie: ja z tej radości chciałem walczyć, szarpać, trawę gryźć! Zdrowie dopisywało, nie miałem kontuzji, mogłem w każdej chwili wejść na boisko.

– Przywiózł pan coś Mateuszowi z Meksyku?

– Nie było okazji do zakupów. Chyba dopiero na lotnisku jakąś zabawkę – bodaj autko – kupiłem. A może to już było w Polsce, po powrocie?

– A pan ma jakąś pamiątkę z pańskiego drugiego mundialu?

– Portugalską koszulkę z numerem 7 (grał w niej Jaime Pacheco – dop. aut.). Wymieniłem się nią z rywalem, kompletnie załamanym po porażce z nami. Portugalczycy mieli głowy nisko spuszczone. Dla nich porażka z nami była szokiem. Mieli pewność, że razem z Anglikami wyjdą z grupy, a pojechali do domu jako pierwsi.

Sonda
Kto wygra mecz Polska - Arabia Saudyjska?
Jan Tomaszewski złapał się za głowę. Wszystko przez pomysł Michniewicza
Grupa ZPR Media sprzeciwia się głoszeniu opinii noszących znamiona mowy nienawiści przepełnionych pogardą czy agresją. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, powiadom nas o tym, klikając zgłoś. Więcej w REGULAMINIE
Nasi Partnerzy polecają

Materiał Partnerski

Materiał sponsorowany

Najnowsze