„Super Express”: - Powiadają w środowisku piłkarskim, że nie byłoby Franciszka Smudy w polskim życiu trenerskim ostatnich trzech dekad, gdyby nie pan? Prawda to?
Edward Socha: - Prawda! Poznaliśmy się u progu lat 90.
- Zaraz zaraz! To nie znaliście się jeszcze z Wodzisławia, zanim Smuda ruszył w piłkarski świat?
- Osobiście nie, minęliśmy się w Odrze. Natomiast w latach 70. i później generalnie ludzie w środowisku wiele o sobie wiedzieli. Więc kiedy Franz – mając już uprawnienia do prowadzenia drużyn w Bundeslidze – na początku lat 90. skontaktował się ze mną, doskonale wiedziałem, kto do mnie telefonuje.
- Czego chciał wtedy?
- Byłem w tym okresie dyrektorem Górnika Zabrze. Franiu zapytał mnie, czy mogę mu pomóc w znalezieniu pracy trenerskiej w Polsce. „Nieznany jesteś u nas, trudno będzie” – odpowiedziałem wtedy. Szybko, jak widać, przeszliśmy „na ty”; trudno mi dziś powiedzieć, skąd się wzięło to wzajemne zaufanie, które potem przerodziło się w przyjaźń. Faktem jest, że już wkrótce jechaliśmy z żoną na jego zaproszenie do Norymbergi, gdzie wtedy mieszkał. Pierwsze wrażenie z tej wizyty było niesamowite.
- To znaczy?
- Franek był wielkim – rzekłbym – estetą. W domu u niego wszystko lśniło, miało swoje konkretne miejsce, poskładane było „w kosteczkę”. Rano nie pozwalał nam nawet łóżka pościelić; robił to sam, żeby było jak należy (śmiech). Taki miał charakter. Siedząc za kierownicą, w trakcie jazdy potrafił… wycierać pulpit samochodowy, żeby tylko nie było na nim drobinek kurzu. Był też wielkim fachowcem w robotach domowych.
Franciszek Smuda nie żyje. Cały piłkarski świat w Polsce pożegnał legendarnego trenera. Nie zabrakło wpisu Jakuba Błaszczykowskiego
- Co to znaczy?
- Parę miesięcy później wpadł do mnie, do Gliwic. Byłem właśnie na etapie wykańczania małego domku, szykowałem się do tapetowania salonu. Franek przyjechał, spostrzegł w kącie rolki tapet z raufazy – po położeniu na ścianę malowało się je na wybrany kolor. „Masz już fachowców?” - zapytał od razu. Nie miałem. „To ja ci to zrobię” – zaproponował. A gdy zobaczył, że przebieram się w strój roboczy, by mu pomóc, naskoczył na mnie. „Idź mi z domu, wrócisz na gotowe!” - zarządził. I wie pan co? Ogarnął to sam, chyba w jedną dniówkę!
- Niesamowite!
- Miał fach w ręku. Wiem, że parał się tym i w Niemczech, jednocześnie prowadząc zespół chyba z Herzogenaurach (w rzeczywistości w 1993 Smuda trenował FV Wendelstein, w Herzogenaurach pracował parę lat wcześniej – dop. aut.) w którejś z niższych lig niemieckich. Piłka była jego prawdziwym życiem; potrafił o niej mówić godzinami. Kiedy bywałem u niego, czasem późnym wieczorem chciałem się już kłaść. A on wtedy przynosił kasety VHS z meczami z mistrzostw świata z 1966 czy 1970 roku, wrzucał do magnetowidu i jeszcze przez kolejne godziny opowiadał o taktykach, systemach gry i swoich pomysłach na nie. Wiedziałem już, że ten facet musi dostać szansę w Polsce, bo drugiego takiego u nas nie ma.
- No i nadarzyła się okazja?
- Owszem. W 1993 roku zatelefonował do mnie mój przyjaciel Andrzej Bińkowski, dyrektor dołującej wówczas w tabeli Stali Mielec, z prośbą o podpowiedź w sprawie nowego trenera. Od razu zaproponowałem Smudę. A Franz nie tylko przystał na propozycję „ratownika” mielczan, ale i zabrał ze sobą Thomasa Mertela, biznesmena i - zdaje się - sponsora FC Nürnberg, który przejął wtedy sekcję piłkarską Stali. Poszedłem razem z nimi do Mielca. Uratowaliśmy zespół przed spadkiem, ale krótko potem Franek pokłócił się o coś z Mertelem. Wsiadł w samochód i ruszył w drogę do Niemiec. Chyba zrobiło się o tym głośno, bo jeszcze tego samego dnia odebrałem telefon od Andrzeja Grajewskiego.
- Pytał o Smudę?
- No właśnie. „Co to za człowiek?” - pytał. Ale i przyznawał: „Wiesz, bo nie mam zbyt wielkich pieniędzy na niego”. „Dzwoń do niego natychmiast, jeszcze go zawrócisz z drogi. Dogadacie się na pewno” – powiedziałem mu. No i się dogadali – z korzyścią dla Widzewa, a potem i całej polskiej piłki.
Wzruszające słowa byłego podopiecznego po odejściu Franciszka Smudy. Wspomniał własną żałobę…
- Pieniądze nie były dla niego najważniejsze?
- Nie wiem, jak rozmawiał z pracodawcami, na co się dogadywał. Nie zaglądałem mu nigdy do kieszeni. Ale wiem, że kiedy po jesieni 2004 roku wodzisławskiej Odrze – byłem tam w tym momencie dyrektorem – groził spadek z ekstraklasy, Franz nie zapomniał o swym byłym klubie. Prezes Ireneusz Serwotka długo dumał wówczas, kogo zatrudnić w roli trenera. „Bierzemy Franka” - zaproponowałem. Irek nie wierzył, że Smuda – wówczas już po Widzewie, Legii i Wiśle – może przyjść do Wodzisławia. A ja nakreśliłem Frankowi sytuację bardzo jasno: „Nie mamy wielkich pieniędzy”. „A ile macie?” - zapytał. Byliśmy w stanie płacić mu jakieś 25 procent tego, co zarabiali wówczas trenerzy w lidze. Ale to była Odra, w której przed laty kopał piłkę… Więc przyszedł i zrobił robotę. Nie spadliśmy. Czasami sobie myślę, że wtedy malutki wpływ na to miała… moja żona.
- W jaki sposób?
- Franek pamiętał wizyty u nas z początku lat 90. Halinka dobrze gotowała, a on – mieszkający wtedy na stałe w Niemczech – zajadał się jej śląskimi obiadami (śmiech). Zresztą polubili się bardzo. To mojej żonie właśnie – w tym pierwszym okresie naszej znajomości – powiedział przecież w tajemnicy: „Wiesz, ja kiedyś zostanę selekcjonerem polskiej reprezentacji”.
- I spełniło się!
- Patrząc na charakter i pracowitość Franza – musiało się spełnić!
Listen on Spreaker.