Ojrzyński już przed meczem nie pozostawiał w tym względzie wątpliwości. - Oddam medal Grześkowi - mówił. I dotrzymał słowa, dziękując jednak władzom Arki Gdynia, że w trudnym momencie dla klubu, gdy wyniki wskazywały na gdynian jako na najsłabszą drużynę rundy wiosennej Lotto Ekstraklasy, dały mu szansę na zażegnanie kryzysu: - A na mnie po prostu teraz trafiło. Choć oczywiście dziękuję zarządowi, że mogłem przeżyć tak piękną przygodę.
Przy tym Ojrzyński nie próbował odfruwać w przestworza. - Mieliśmy sporo szczęścia - powiedział. - Graliśmy odważnie, ale też nieodpowiedzialnie, bo przytrafiały nam się straty. Wyróżnić muszę całą drużynę. Opatrzność jednak tak to ułożyła, że mamy puchar - rozwinął szkoleniowiec Arki.
Miło, że oszczędził też swoich przeciwników. Lechici bowiem w finale udowodnili, że przegrać można dosłownie każde spotkanie. Nawet takie, w którym momentami przeciwnik leży już na deskach, sędzia dolicza do dziesięciu, a rywal nie wykazuje żadnych chęci, by w ogóle próbować się podnieść. Graczom z Wielkopolski mimo wszystko udało się jednak taki pojedynek jeszcze przegrać.