Airam Cabrera przed derbami z Wisłą: Strzelić, wygrać i nie podpaść dziewczynie!

2019-03-14 5:20 Piotr Koźmiński
Airam Cabrera
Autor: MARCIN PIRGA/CYFRASPORT Airam Cabrera

Airam Cabrera (31 l.) jest w ostatnich tygodniach jednym z najlepszych piłkarzy Ekstraklasy. Nikt na wiosnę nie strzelił tyle goli co on (4), Hiszpan wyrósł na lidera świetnie spisującej się Cracovii i w niedzielę z jego strony grozi Wiśle duże niebezpieczeństwo. W rozmowie z „Super Expressem” Cabrera przyznał, że motywacji w starciu z „Białą Gwiazdą” mu nie zabraknie. Choćby ze względu na… niezwykle wymagającą narzeczoną, która świetnie zna się na piłce.

„Super Express”: - Zdajesz sobie sprawę jak ważne dla krakowskich kibiców są te derby?
Airam Cabrera: - Zaczyna to do mnie docierać. Po ostatnim meczu, z Zagłębiem Sosnowiec, gdy podeszliśmy do kibiców, od razu zaczęły się rozmowy o Wiśle. Fani jasno zaznaczyli, że to najważniejszy mecz w sezonie i musimy dać z siebie maksa. W takim meczu jeszcze nie grałem, liczę, że to będzie coś wyjątkowego. Pewnie coś na kształt atmosfery na Legii, to chyba w mojej karierze był do tej pory najbardziej gorący mecz. Oby na boisku działo się tyle, że zapamiętamy ten mecz na lata. Ale podkreślam: na boisku, mam nadzieję, że na trybunach będzie super doping i nic innego.

- A co myślisz, gdy patrzysz na tabelę? Macie tylko cztery punkty straty do trzeciego miejsca…
- No właśnie w tej sprawie mamy w domu „konflikt”.

- Konflikt? jakim sensie?
- Z moją dziewczyną. Flavia jest wielką fanką piłki, ogląda więcej meczów Ekstraklasy niż ja. Mieszka w Hiszpanii, bo tam ma stałą pracę jako nauczycielka, ale w weekendy siedzi przy komputerze i ogląda polską ligę. Serio. Ostatnio sprzeczaliśmy się o to jaki wynik w meczu Pogoń – Zagłębie Lubin będzie lepszy dla Cracovii….

- To niezłe spory prowadzicie…
- Tak. Flavia upierała się, że wygrana Pogoni nie byłaby dla nas dobra, bo wtedy Pogoń by nam odskoczyła w walce o puchary. Ja obstawałem przy tym, że trzeba wciąż patrzeć za siebie, a nie aż tak bardzo w górę, mówiłem jej, że myślenie o pucharach może być niebezpieczne, bo najpierw trzeba sobie zapewnić grę w pierwszej ósemce. No i stąd nasz „konflikt”. Flavia jest bardzo ambitna, chce, żebyśmy powalczyli o czołowe miejsca. Ja jestem zdania, że trzeba iść krok po kroku. Bo przecież przegraliśmy w Płocku, a i z Sosnowcem wyglądało to tak sobie. Przed nami bardzo trudny mecz z Wisłą, więc po pierwsze – trzeba pilnować, aby nie wypaść z pierwszej ósemki. A co do Flavii. To mój pierwszy krytyk. Ileż ja się muszę starać, żeby mnie pochwaliła za mecz! Nie, to praktycznie niemożliwe, żebym dostał od niej tylko pochwały. Zawsze coś znajdzie, coś wytknie. Chwali mnie tylko wtedy, gdy faktycznie słabo zagram. Wtedy tak mnie „oszukuje”, odwraca moją uwagę, mówi, że to czy tamto zagranie było dobre. Ale już tak na serio, spadła mi jak z nieba. Ja nie lubię wychodzić z domu, uwielbiam zostawać u siebie i oglądać mecze. Flavia też. No więc, kiedy jest w Polsce, czy jesteśmy razem w Hiszpanii, to siedzimy i oglądamy piłkę.

- A w Hiszpanii komu kibicujecie?
- No tu też jest podział. W tej wielkiej piłce ona jest bardziej za Realem, ja za Barceloną.

- To aż strach zapytać jak wygląda u Was oglądanie El Clasico?
- Najgorzej było na meczu Barcelony z Atletico Madryt. W kinie, w Kielcach.

- W kinie, w Kielcach?
- Tak. Gdy grałem w Koronie, w kinie organizowano oglądanie Ligi Mistrzów. Wybraliśmy się na mecz Atletico – Barcelona i skończyło się… sprzeczką. Wtedy wygrało Atletico, a Flavia tak celebrowała ich gole, jakby całe życie im kibicowała. Oczywiście, robiła to po to, żeby mnie wkurzyć. I do tego stopnia jej się to udało, że nie wytrzymałem i wyszedłem z kina. Wracałaby wtedy do domu sama, ale zreflektowała się i wybiegła za mną (śmiech).

- To rzeczywiście u was bywa ciekawie. Mówiliśmy o tym, że mecz z Wisłą to coś specjalnego. Jesteś stałym wykonawcą karnych w Cracovii. Jeśli na Wiśle trafi się „jedenastka”, nie zadrży ci noga?
- Nie mogę zapewnić, że nie zadrży. Bo ja przed każdym karnym się denerwuję. To jednak bardzo duża odpowiedzialność, ale z rodzaju tych, które lubię. Fajnie być liderem zespołu pod tym względem, czuć na swoich barkach ten szczególny moment. Kiedyś, jeszcze w Hiszpanii, strzeliłem trzy karne w jednym meczu, to mój rekord. Ale moim zdaniem z karnymi jest coraz trudniej. W obecnej dobie wideo, przy tych wszystkich analizach strzelec jest dużo lepiej rozpracowany niż kiedyś, bramkarz ma o wiele większą wiedzę jak dany napastnik uderza jedenastki. Dlatego trzeba co chwila coś zmieniać, nie można strzelać zawsze w podobny sposób.

- Na Legii nie trafiłeś, miałeś potem pretensje do Jędrzejczyka, że „rozkopał” punkt, z którego się uderza…
- Tak. Poza tym tam to bardzo długo trwało, weryfikacja wideo, reakcja trybun. Miałem wtedy tysiąc myśli w głowie i właśnie od tamtego karnego postanowiłem zmienić podejście. Myśleć jak najmniej, zająć się czymś innym gdy przerwa trwa długo, pogadać z kolegą, podejść do ławki… Ale jeśli na Wiśle trafi nam się karny, to chętnie podejdę.

- Masz już w tym sezonie osiem goli, potrafisz strzelać piękne bramki. No właśnie – uroda trafienia ma dla ciebie znaczenie?
- Żadnego. Kiedy ktoś chce cię kupić, zagląda na różne strony internetowe, to patrzy przede wszystkim na to ile goli strzeliłeś. Nie ma znaczenia, bo tam zresztą nie jest to ujęte z reguły, czy trafiłeś z metra, z 37 metrów, z wolnego, czy, za przeproszeniem, tyłkiem. Gol jest gol. Ja ze swojej średniej w tym sezonie jestem zadowolony. 16 meczów, 8 bramek, czyli co drugie spotkanie trafiam. A tak naprawdę to nie było 16 pełnych meczów, bo w trzech przypadkach schodziłem z boiska w pierwszej połowie lub nie mogłem wyjść na drugą.

- Podobno jesteś za to niezadowolony z liczby asyst, koledzy mogliby lepiej wykorzystywać sytuacje, które im kreujesz…
- Tych asyst na pewno mógłbym mieć więcej, ale najważniejsze, że pomagam zespołowi. Golami, podaniami, moim sposobem gry. To jest najważniejsze.

- Do Cracovii jesteś tylko wypożyczony z Extramadury. Jak zareagowałeś na kampanię kibiców Cracovii pod hasłem „Airam, zostań z nami”!…
- Byłem w pozytywnym szoku. Któregoś dnia oglądam sobie spokojnie serial w domu, bo bardzo lubię, a tu nagle „pyk, pyk, pyk!” zaczęły wpadać na telefon powiadomienia. Wszedłem na Twitter i oniemiałem. To wtedy zaczęła się akcja kibiców. Musiałem się wgryźć, żeby zrozumieć o co chodzi, ale zrobiło mi się szalenie miło, gdy dotarło do mnie co chcą mi przekazać. Zadzwoniłem do dziewczyny, do rodziny, pochwaliłem się. Bo przecież również tego szuka piłkarz w trakcie kariery. Akceptacji, sympatii kibiców.

- To jaka będzie twoja przyszłość?
- W tym momencie nie mam pojęcia. Po sezonie kończy się moje wypożyczenie, nie wiem jakie plany ma Cracovia. Musiałaby dogadać się z Extramadurą w sprawie mojej dalszej gry w Krakowie, choć nie wiem czy takie rozmowy będą prowadzone. Ja mogę zapewnić, że bardzo chciałbym tu zostać. Bo i w klubie, i w mieście czuję się doskonale.

- Masz okazję pracować z Michałem Probierzem. Jakbyś ocenił jego styl? Dziennikarzy potrafić zaskoczyć, na przykład przychodząc na konferencję z doniczką i pokazując, że nic nie chce wykiełkować, choć on bardzo się stara…
- Słyszałem o tym. Nas czymś takim w szatni jeszcze nie zaskoczył, choć jest na tyle charakterny, że nie zdziwiłbym się… To co mi się w nim bardzo podoba to fakt, że świetnie antycypuje, dobrze przewiduje to co się może wydarzyć w trakcie meczu. Na przykład świetnie „przeczytał” Legię. Uczulał nas, żeby nie tracić naiwnie piłki, bo Legia jest bardzo dobra w fazie od przechwytu do zorganizowania szybkiej akcji. Z drugiej strony mówił, że jeśli uda nam się „ukraść” Legii piłkę na jej połowie, to narobimy jej mnóstwo kłopotów. No i miał rację.

- Odchodząc trochę od piłki: jesteś z Wysp Kanaryjskich. Pochodząc z tak ciepłego miejsca nie masz kłopotów aklimatyzacyjnych w Polsce?
- Nie. Oczywiście, czasem człowiek sobie myśli, że byłoby fajnie usiąść na tarasie i wypić kawę w promieniach kanaryjskiego słońca, ale z drugiej strony... Wiesz czego najbardziej mi brakuje z Polski, gdy jestem w Hiszpanii?

- Odchodząc trochę od piłki: jesteś z Wysp Kanaryjskich. Pochodząc z tak ciepłego miejsca nie masz kłopotów aklimatyzacyjnych w Polsce?
- Nie. Oczywiście, czasem człowiek sobie myśli, że byłoby fajnie usiąść na tarasie i wypić kawę w promieniach kanaryjskiego słońca, ale z drugiej strony... Wiesz czego najbardziej mi brakuje z Polski, gdy jestem w Hiszpanii?

- Nie mam pojęcia…
- Śniegu.

- Śniegu? Macie na „Kanarach” wulkan Teide, na jego szczycie jest śnieg…
- No tak, ale to nie to samo. Jest tylko na szczycie, nie opada w dół. Przecież nie będę co chwila się wspinał na 3,5 tysiąca metrów, żeby go dotknąć. A ja ten śnieg bardzo lubię. Do tego stopnia, że w domu, w Krakowie, często otwieram okno i patrzę jak pada.

- Mówiłeś, że lubisz nie tylko grać, ale i oglądać futbol. Zamierzasz zostać trenerem?
- W wieku 18 lat zrobiłem pierwszy stopień kursu trenerskiego. Potem nie było czasu, żeby kontynuować, ale pewnie do tego wrócę. Choć… nie wiem, czy nie wolałbym zostać dyrektorem sportowym. Fajnie byłoby jeździć i obserwować piłkarzy. Bo z trenerami różnie to bywa. 4-5 słabych meczów i cię zwalniają, Dyrektor sportowy to bardziej stabilna posada.

- To wyobrażasz sobie siebie w roli trenera lub dyrektora Cracovii?
- O to, to! Fajnie byłoby kiedyś sprawdzić się w którejś z tych ról. Albo… połączyć je, zostać takim Michałem Probierzem (śmiech).

- Zastanawiam się czego mogliby ci życzyć kibice Cracovii na mecz z Wisłą. Chyba gola, wygranej i żebyś nie podpadł narzeczonej, skoro taka wymagająca…
- Ha, ha, ha. O to ostatnie będzie najtrudniej. Wyobrażam sobie, że strzelę gola, że wygramy, choć będzie tam piekielnie trudno. Ale brak krytyki ze strony narzeczonej? Uff, to będzie najtrudniejsze, ale może się uda (śmiech).